POLSKI ZWIĄZEK RUGBY

UCZCIWOŚĆ - SZACUNEK - WSPÓŁPRACA - PASJA - DYSCYPLINA

Menu

Kacała - Boniek Polskiego Rugby16.12.2015


Kuba Borowicz - Blog "Prosto z Boku" [klijnij]
 
O tym jak został najlepszym zawodnikiem finałowego meczu o Puchar Heinekena i w jakich okolicznościach nazwano go Bońkiem polskiego rugby. O polskiej demolce we Francji i linii na środku szatni, która oddzielała gladiatorów od dziewczyn. O karierze na zachodzie i Polskim Związku Rugby. Rozmowa z Grzegorzem Kacałą - najlepszym polskim rugbistą w historii.
 
Grzegorz Kacała był od samego początku swojego życia był wielkim fanem sportu. Powrót ze szkoły, plecak w kąt i na podwórko…
Grzegorz Kacała: To prawda. Kiedyś takie były czasy. Przychodziło się do domu, zjadło obiad i cały wolny czas młody chłopak spędzał na świeżym powietrzu. Wymyślaliśmy różnego rodzaju gry no i sport. Piłka nożna, koszykówka. Było tego całkiem sporo. Aktywnie spędzaliśmy swój czas.
Jak każde małe dziecko zaczynałeś od piłki nożnej.
GK: Tak, to prawda. Na podwórku dominowała piłka nożna, no bo takie były czasy. W okresach mojej młodości duże sukcesy odnosiła reprezentacja Polski, stąd też każdy chciał grać w piłkę. Zacząłem nawet jako nastoletni chłopak grać w Ogniwie Sopot. Trenowałem piłkę nożną - kurcze, jak to dziwnie brzmi (śmiech).
Potem była jeszcze piłka ręczna…
GK: Tak to prawda, jednak to był tylko epizod. Byłem duży, silny, mocno rzucałem, więc taki chłopak jak ja był potrzebny szkolnej reprezentacji. Rozgrywki szkolne zainteresowały mnie szczypiorniakiem, ale to był tylko moment. Chodziłem na treningi do Spójni Gdańsk, potem do Wybrzeża, ale traktowałem ten sport tylko jako rozrywkę.
No i w końcu po ciężkich bojach dochodzimy do sedna, czyli rugby.
GK: Tak, w końcu rugby (śmiech). No muszę powiedzieć, że wybrałem chyba najlepiej jak mogłem. Najlepiej dla mnie. Rugby odzwierciedlało mnie, doskonale czułem się w tym sporcie.
A kiedy miałeś pierwszy kontakt z rugby?
GK: Kurcze, ciężko powiedzieć. Nie wiem, być może dlatego, że rugby zawsze było obecne w moim domu. Urodziłem się w roku 1966, czyli mam tyle samo lat co sopockie Ogniwo. Zawsze moja rodzina interesowała się sportem, piłką nożną. Ja jestem Sopocianinem, więc przy ulicy Jana z Kolna jest moje boisko. Moje dzieciństwo. Zawsze podpatrywałem rugbistów, bardzo mi oni imponowali. Nie wiem jednak, kiedy miałem pierwszy kontakt z rugby.
Rodzice nic nie opowiadali?
GK: Tata z wujkiem zabrali mnie na mecz Ogniwa gdy miałem z cztery, może pięć lat. Ja jednak nic z tego nie pamiętam. Dawno to było.
Jak to się stało więc, że Ty jako rodowity Sopocianin na pierwszy trening rugby poszedłeś do Lechii Gdańsk?
GK: Na pierwszy trening rugby zaprosił mnie mój kolega z klasy – Radzisław Miszczak. Żeby nie on, pewnie dziś byśmy nie rozmawiali. Powiedział: „Dobra Grzesiu zostaw tą ręczną i chodź do Lechii na trening.” Wiele nie trzeba było mi mówić. Poszliśmy na trening i tak zostało.
Długo jednak w Lechii nie pograłeś…
GK: To prawda. Ogólnie wtedy Ogniwo Sopot grało dużo lepiej w rugby, niż Lechia. Juniorzy z Sopotu naprawdę doskonale się prezentowali, a ja jako żółtodziób pewnie bym tam nie miał zbyt wielu okazji do występów. Gdy jednak zagraliśmy przeciwko sobie, to nam wyszedł mecz życia. Oni chyba nas zlekceważyli. Nie potraktowali poważnie takiej drużyny jak Lechia. Wygraliśmy 12:6, a ja naprawdę dobrze zagrałem. Trener Ogniwa - Edward Hodura był wtedy jednocześnie selekcjonerem reprezentacji pomorskiego okręgu rugby. Zauważył moją dobrą grę i zaprosił mnie do swojej drużyny. Mieliśmy wtedy jakiś mecz, chyba w Chojnicach. Trenowałem dopiero od września, a już na wiosnę byłem w kadrze województwa i zmieniłem klub na Ogniwo. To był zdecydowanie skok jakościowy dla mnie.
Ogniwo to był dobry okres w Twoim wykonaniu.
GK: Tak, w Ogniwie zobaczyłem już kawałek prawdziwego rugby. Mieliśmy dobrą ekipę, były trochę inne czasy niż teraz, ale miło to wspominam. Wyróżniałem się. Zauważono mnie. Grałem już w dorosłej reprezentacji Polski.
Dobre występy w sopockiej drużynie zaowocowały tym, że zacząłeś grać w lidze francuskiej…
GK: I tu znowu spotkałem dobrego człowieka na swojej drodze, czyli Marka Płonkę – obecnego selekcjonera reprezentacji Polski. On był już we Francji i sprowadził mnie tam. Poszedłem do Francji i to od razu do pierwszej ligi. To było coś niesamowitego. Francja, która dla wielu rugbistów z naszego kraju była niczym ziemia obiecana była miejscem, w którym ja mogłem kontynuować swoją sportową karierę.
Trzeba jednak przyznać, że wielu polskich zawodników grało wtedy akurat we Francji.
GK: Z tego co pamiętam, to w jednym momencie we Francji grało bodajże 24 reprezentantów Polski, z czego aż 8 w pierwszej lidze. To bardzo dużo. Prawie cała reprezentacja grała w rugby we Francji, czyli miejscu, gdzie można się najlepiej rozwijać.
No i liga była trochę inna, niż teraz.
GK: Zdecydowanie. Jak ja grałem we Francji w rugby, to w pierwszej lidze było 80 zespołów! 80! Graliśmy cały czas. Roszady były tak wielkie, że co chwilę te słabsze zespołowy spadały, awansowały. Nie pamiętam już teraz nawet, ile zespołów co roku spadało. Nie brakowało niespodzianek. Przyjeżdżała drużyna, która na papierze nie miała szans, a wygrywała z nami i wszyscy byli zdziwieni. Bardzo trudna i nieprzewidywalna liga.
Grzegorz Kacała potrafił się jednak w niej doskonale odnaleźć i być jednym z najlepszym zawodnikiem w całej Francji.
GK: Liga francuska jest bardzo fizyczna, siłowa. Ja akurat siłę zawsze miałem, więc doskonale się tam odnajdywałem. Gdzie bym nie grał, do jakiego klubu nie poszedł, to zawsze dawałem sobie radę.
Najwyższa forma sportowa przyszła w latach 95-97…
GK: Zdecydowanie tak. Wtedy czułem się najmocniejszy fizycznie. Zdrowie dopisywało, pracowałem dużo nad sobą i pamiętam, że najlepiej mi się grało. Często sam byłem w szoku, że tak dobrze to wszystko idzie. Nie spodziewałem się tego. Poświęciłem się w pełni rugby i dzięki temu miałem tego znakomite efekty.
Najlepszy mecz w życiu rozegrałeś w 1997 roku podczas finału Pucharu Europy. Jak kraść, to miliony…
GK: (śmiech) Tak, to prawda. Pamiętam to jak dziś. 56 tysięcy ludzi na trybunach. Puchar Heinekena, to jak piłkarskiej Ligi Mistrzów. Kurcze ta atmosfera, waga spotkania. Piękna sprawa. Rozegrałem mecz życia – to na pewno. No i zostałem MVP. Polak został najlepszym zawodnikiem finału Pucharu Europy. Nikt w to nie wierzył.
Właśnie – Polak. Nawet wtedy byłeś patriotą.
GK: Kurcze szkoda, że nie wyszło mi to, co planowałem. Cały świat na nas patrzył. Chciałem zaznaczyć, że jestem Polakiem. Dużo osób mi mówiło, że uciekłem do Francji. „Francuz” na mnie gadali. Trochę jak Darek Michalczewski. On też był zdrajcą, bo walczył dla Niemiec. Na minutę przed końcem spotkania dogadałem się z takim jednym zawodnikiem u nas w drużynie, który prawie w ogóle nie grał, że jak będzie chwila przerwy, to poda mi biało-czerwoną czapkę. Założę ją. Pokaże całemu światu, że jestem Polakiem. Była przerwa, patrzę w kierunku ławki rezerwowych, a jego tam nie ma. Nie pomyślałem o tym, że on może być na boisku. Nikt nie wiedział o jaką czapkę mi chodzi. My tu gramy finał Pucharu Świata, a mi takie głupoty w głowie. Śmieszne to było, miło się jednak wspomina.
Ale czapkę jeszcze później założyłeś.
GK: Oczywiście. Jak była ceremonia wręczania medali, a ja zostałem wybrany MVP, to ją założyłem. Każdy, kto chciał mi zrobić zdjęcie widział tą czapkę. Zawsze byłem Polakiem, okazywałem to.
Nawet wtedy, gdy sam prezydent Francji – Jacques Chirac namawiał Cię byś przyjął francuski paszport i został zawodnikiem Tricolores.
GK: To nie do końca tak było. Wtedy było we Francji tak, że jak przyjmę paszport i będę grał w kadrze Francji, to nie mogę odejść nigdzie poza granicę kraju. Ja miałem już natomiast ofertę z Cardiff RFC, czyli takiego Realu Madryt świata rugby. Tam grali sami reprezentacji swoich państw, światowa elita. Im się nie odmawia. Płacili gigantyczne pieniądze jak na warunki rugby no i sport był dla nich religią. Cudowna atmosfera, kibice. Jeżeli chodziłoby pewnie o względy indywidualne, to przyjąłbym ofertę prezydenta. Tylko głupi by z niej nie skorzystał. We Francji miałem wszystko, by naprawdę się rozwijać i kontynuować swoją karierę. Niektórzy pewnie mówili my na mnie „zdrajca” lub „judasz” ale z tym już niestety nic nie zrobię.
Dla Francuzów byłeś bohaterem. Polski czołg, człowiek demolka…
GK: Oni mnie podziwiali. Ja za granicą byłem gwiazdą. Wszyscy ludzie mnie poznawali, robili sobie ze mną zdjęcia. Nie tylko ze mną. Z wszystkimi. Tam każdy interesował się rugby. Całe miasteczko żyło tym, że my gramy w sobotę mecz i znowu będzie można nas oglądać. Jeszcze ja grałem w formacji młyna, magazyn „World rugby” po Pucharze Heinekena wybrał mnie najlepszym zawodnikiem formacji młyna w Europie. Imponowała im moja siła, nieustępliwość, zaciętość. Stąd te wszystkie przydomki.
We Francji, w Brive sami podzieliliście szatnie na dwie części. Chcieliście tym samym oddzielić chłopców od mężczyzn.
GK: Kilka lat przed moim przyjściem do klubu zrobiono remont szatni. Był taki zaułek, w którym najczęściej przebierali się zawodnicy z formacji młyna. Ktoś namalował na podłodze linię, która oznaczała, że mniejsi zawodnicy nie mogli tam wchodzić. To oddzielało prawdziwych gladiatorów, od dziewczynek. Niektórym się to nie podobało. Był taki jeden mały zawodnik, który chciał tam wejść i się nam odszczekiwał. Wychowanek klubu. Wszedł do nas i potem uciekał. Złapaliśmy go i dostał od nas ostre manto. Nie mógł grać w meczu ligowym. Honorowy jednak był, bo nikomu się nie poskarżył.
Więcej nie wchodził?
GK: Pewnie, że wchodził. Odważny był, zadziorny. Jak ktoś był w porządku i nie skakał do nas, to wszedł tam i nie było problemu. Gdy jednak skakał, to nie miał wstępu. Spróbował jeszcze raz i znowu go dopadliśmy. Ogoliliśmy mu włosy. Zrobiliśmy takiego irokeza. On, mimo że był na kontrakcie to jeszcze pracował w banku. Ogólnie był taki ładny. Jak teraz piłkarze mają włosy na żel. Był taką twarzą tego swojego banku. My mu wycięliśmy irokeza, a on od razu po treningu szedł do pracy. Więc musiał skoczyć szybko do fryzjera i dopiero do pracy. Śmialiśmy się, że w końcu wygląda jakby grał w rugby. Klub zorganizował 10 lat później spotkanie, na cześć wygrania tego Pucharu Europy. Wszyscy znowu się spotkaliśmy, porozmawialiśmy. Weszliśmy do tej szatni i my z chłopakami z młyna złapaliśmy go i powiedzieliśmy, że teraz śmiało może wejść za linię. Nie chciał (śmiech).
W czasie swojej kariery byłeś zdrowy jak ryba. Nic Ci nie było. Te cięższe kontuzje praktycznie Cię omijały.
GK: To prawda, zdrowie zawsze miałem. Dziennikarze kiedyś wyliczyli, że ponad trzy lata grałem we wszystkich spotkaniach. Drobne urazy się zdarzały, ale z tym dało się grać. Raz w Walii zerwałem biceps. Pół roku przerwy miałem wtedy. A tak to nic wielkiego. Zawodnik rugby nie szedł do lekarza ze złamanym nosem czy wybitym palcem. Takich urazów było bardzo wiele.
Reprezentacja Polski. 30 występów z orzełkiem na piersi. Czujesz się spełniony w kadrze?
GK: Ja ponad 20 występów miałem już w wieku 23 lat. Potem, gdy wyjechałem do Francji w ogóle mnie nie powoływano. Takie były niestety czasy. Na pewno nie spełniony, mimo że trochę spotkań w kadrze rozegrałem.
Ktoś nazwał Grzegorza Kacałę Zbigniewem Bońkiem polskiego rugby. To chyba wymowne określenie, prawda?
GK: Pamiętam to jak dziś. Grałem wtedy w Cardiff. Przyjechało wtedy w odwiedziny do mnie bardzo wielu znajomych. Dużo dziennikarzy, Mateusz Borek, ludzie sportu. W ogrodzie na grillu gościłem chyba z 50 osób. Bardzo fajnie było. Mój znajomy przedstawiał mnie z Zbigniewem Bońkiem. Nazwał mnie „Bońkiem polskiego rugby”. Bardzo było mi miło. Obecny prezes PZPN wiedział wtedy kim jestem, bardzo mi kibicował. To było miłe.
Ostatnio na spotkaniu rugby reprezentacji Polski z Mołdawią Kacała siedział obok Bońka na trybunach warszawskiej Polonii…
GK: Tak, Pan prezes był pod wrażeniem rugby. Zapowiedział, że będzie pojawiał się na kolejnych meczach reprezentacji. Wypowiedział wiele ciepłych słów pod adresem mojej ukochanej dyscypliny sportu. To jest właśnie dobra promocja rugby. Bo rugby to nie jest sport niszowy. Uprawia go poza piłką nożną najwięcej ludzi na świecie. To sport mało popularny. Dzięki takim osobom jak Boniek i takim meczom jak ten z Mołdawią rugby staje się coraz bardziej znane.
Po zakończeniu kariery była chwila przerwy od rugby. Dopiero po jakimś czasie wróciłeś do sportu jako szkoleniowiec. Z Lechią trzy medale mistrzostw Polski, w tym jeden złoty w 2012 roku.
GK: Nie można zapomnieć o medalu w Ogniwie Sopot. Dwa lata po zakończeniu kariery byłem jeszcze zgłoszony do rozgrywek jako zawodnik i była taka umowa, że jak będziemy walczyli o medale to zagram. Razem z Sylwkiem Hodurą mieliśmy zagrać. On dosyć poważnie skręcił kostkę i nie mógł grać, ale ja wystąpiłem. Nie byliśmy gwiazdorami, którzy są przymierzani tylko do najważniejszych spotkań. Ja po prostu po grze w Walii miałem bardzo duże problemy z kręgosłupem i całego sezonu na pewno bym nie rozagrał. Gdy jednak mogłem, to występowałem. A w Lechii byłem szkoleniowcem przez trzy sezony i zdobyłem trzy medale. Każdego koloru. Po zdobyciu mistrzostwa Polski odszedłem z klubu.
Kiedyś czytałem w jednym z Twoich wywiadów, w jaki sposób mobilizował was trener w Brive. Proszę opowiedz o tym.
GK: Stoimy w kółku. Naszym trenerem był wtedy taki 35-letni zawodnik, który był klubową legendą. Grający trener. On w środku krzyczy na nas, motywuje. Ja stoję bezpośrednio za nim. Nagle on tyłem głowy uderza mnie w głowę, że niby przypadkiem. Gwiazdki w oczach. Biorę go w pół przewracam, mam już go w parterze i tylko zostaje dokończenie dzieła. Wtedy on mówi „Dobra Greg, już wszedłeś w mecz, odpuść”. Poziom agresji jeszcze przed wejściem na boisko był maksymalny.
Też tak motywowałeś swoich zawodników?
GK: Motywowałem, zdarzało się kogoś huknąć, żeby się ocknął, ale to już nie to samo. Jednego zawodnika pamiętam chciałem z głowy w głowę uderzyć to źle trafiłem i dostał w luk brwiowy. Rozwaliłem go, krew się polała. Zamiast na boisko, musiał jechać do szpitala na szycie. A ja musiałem kreślić protokół i zmieniać wyjściowe ustawienie.
Wybrano ostatnio nowego prezesa Polskiego Związku Rugby. Został nim Serge Bosca. Grzegorz Kacała pozostaje w 11- osobowym zarządzie.
GK: Jest bardzo dużo inicjatyw, nad którymi obecnie związek będzie pracował. Jakim prezesem jest Serge zobaczymy w przeciągu kilku miesięcy. To dla środowiska rugby coś nowego, bo przez ostatnie 15 lat prezesem był przecież Jan Kozłowski. Został on nawet jednogłośnie wybrany honorowym prezesem związku. Najważniejsze jest to, żebyśmy wszystko grali do jednej bramki. Czyli żebyśmy nie działali przeciwko sobie, tylko w jednym kierunku. Niemcy kilka lat temu byli na poziomie sportowym podobnym co my, a dziś są półkę wyżej. Spięli się, chcieli osiągnąć sukces i wspólnymi siłami im się to udało. Związek potrzebuje mądrych ludzi, doświadczonych, którzy swoją wiedzę będą umieli przełożyć dla dobra ogółu. Wierzę, że tak się stanie.
Czy czujesz się niedocenionym sportowcem? Czy za osiągnięcia, które masz powinieneś być w naszym kraju wyżej ceniony?
GK: Ja tak o tym nie myślę, nie potrzebuje aby ktokolwiek mi się kłaniał. Fakt jest taki, że mało kto mnie zna. We Francji czy Walii nawet jakbym teraz pojechał to każdy wie kim jestem. Co zrobiłem dla rugby i jakiej klasy byłem zawodnikiem. Z człowieka, któremu dużo w życiu wyszło można jednak dużo wyciągnąć. To tak na przyszłość, żeby polski rugbista miał łatwiej. Na pewno nie byłem najbardziej uzdolnionym polskim zawodnikiem w historii. Fakt, miałem największe osiągnięcia, ale to już było. Teraz pracuję w związku, mam liczne kontakty, dużo planów w głowie na przyszłość. Nie rozważam na temat tego czy należy mi się więcej za to, co osiągnąłem.
Idąc jednak Aleją Gwiazd we Władysławowie można się natchnąć na gwiazdę „Grzegorza Kacały”
GK: To prawda. Mało kto czytając nazwiska gwiazd wie pewnie, kim jestem, ale faktycznie mam swoją gwiazdkę. To bardzo miłe.
No i na koniec. Czemu Greg? We Francji nie ma Grzegorza Kacały, tylko jest Greg.
GK: Od imienia. Oni połamaliby sobie języki, jakby mieli powiedzieć Grzegorz. To tak jak Brzęczyszczykiewicz. Było łatwiej i tak się przyjęło. Tak jak w Borusii był Błaszczykowski. Kuba - proste.
 
Rugby Tag: konkurs fotograficzny SLRT: "Oko w Oko" z najlepszymi
Tabela Ekstraligi
1 Master Pharm Łódź 8 37
2 MKS Ogniwo Sopot 8 30
3 Pogoń Awenta Siedlce 8 30
4 RzKS Juvenia Kraków 8 25
5 OKS Skra Warszawa 8 20
6 RC Lechia Gdańsk 8 17
7 RC Orkan Sochaczew 8 14
8 KS Budowlani Lublin 8 5
9 RC Arka Gdynia 8 1